Felieton: Po co w ogóle testować aparaty?

Felieton: Po co w ogóle testować aparaty?

Testy sprzętu fotograficznego od zawsze były jednym z najważniejszych zadań realizowanych przez pisma i serwisy dla osób interesujących się fotografią cyfrową (i nie tylko). Zawsze towarzyszyły im też najrozmaitsze kontrowersje dotyczące metodologii, sposobów prezentowania wyników oraz tego, na co testujący powinni zwracać szczególną uwagę. W takich warunkach może się nasunąć na myśl pytanie - po co w ogóle testować aparaty i na czym się w owych testach skupiać?



Cokolwiek by powiedzieć o testach aparatów, to przyznać należy, że ich autorzy nie mają łatwego życia. Opracowanie spójnej procedury testowej (procedura jest konieczna, aby artykuł taki mógł być w ogóle nazywany testem, a nie recenzją) jest trudne i długotrwałe. Jeżeli zmieni się ona z czasem – co jest nieuniknione – to porównywanie ze sobą kilku modeli aparatów poprzez lekturę ich testów (zwłaszcza numerycznych) staje się trudniejsze lub wręcz niemożliwe. Często pojawiają się też dylematy dotyczące tego, jak powinni do swojej pracy podchodzić autorzy testów – czy powinni skupiać się bardziej na analizach syntetycznych i prezentowaniu danych liczbowych (wykresy MTF, tablice Imatest itp.), pisać o ergonomii, funkcjonalności i elementach nowatorskich, a może skupić się na wykonywanych przez siebie zdjęciach testowych, dać wszystkim chętnym dostęp do plików RAW i pozwolić samodzielnie wyciągnąć wnioski?
 

 felieton po co w ogóle testować aparaty test testy recenzja recenzje Canon EOS 60D studium przypadku
Standardowa tablica testowa ISO 12233, pozwalająca określić zdolność rozdzielczą matrycy aparatu i/lub jego obiektywu w warunkach laboratoryjnych, jest jednym z najczęściej fotografowanych (i pokazywanych) obiektów podczas rozmaitych testów sprzętu fotograficznego. Na ile jednak zdjęcie takiej tablicy będzie stanowić dla potencjalnie zainteresowanego kupnem danego sprzętu fotografa argument pomagający w podjęciu decyzji typu "czy ten sprzęt jest wart moich ciężko zarobionych pieniędzy"? Czy z takich zdjęć skorzysta ktoś, kto nie wie, w jaki sposób należy je analizować?

 

Reklama

Zrealizowanie wszystkich tych celów jednocześnie jest najczęściej niemożliwe – tekst staje się potwornie długi (najczęściej również nudny), jego napisanie zajmuje kilka tygodni i często wymaga zaangażowania grupy co najmniej kilku osób. Nawet tak prosta z pozoru rzecz, jak złożenie tekstu w regularne ramy z wykorzystaniem uniwersalnego szablonu opracowanego z myślą o upodobnieniu do siebie testów urządzeń należących do tej samej grupy (np. lustrzanki, aparaty kompaktowe bądź obiektywy) staje się bardzo trudna. Jakby tego wszystkiego było mało, od czasu do czasu problemy te bywają podlewane sosem składającym się z podejrzeń o sprzedawanie testów, o to że testujący woli Canona, a Nikona i Sony nie lubi, bądź też innych podobnych bzdur. Jeżeli do tego dodamy, że nawet przy tak banalnych z pozoru rzeczach jak zdjęcia przykładowe (sample), często nie można w żaden sposób zadowolić nawet połowy chętnych (kogoś, kto zajmuje się fotografowaniem ślubów interesują w końcu zupełnie inne zdjęcia próbne niż pejzażystę), a udostępniający urządzenie do testów dystrybutor wymaga jego zwrotu trzy dni później, to otrzymujemy raczej mało optymistyczny obraz.

Przyznaję, że pisząc różne artykuły dla Swiata Obrazu rzadko zdarza mi się wykonywać testy sprzętu – nie znaczy to jednak, że nie robię tego wcale. Mam zwyczaj również czytać testy interesujących mnie urządzeń publikowane zarówno w polskich, jak i anglojęzycznych serwisach. Byłem też świadkiem wielu systemowych wojenek – "wyznawców" Canona z Nikonowcami, którzy w pewnym momencie zjednoczyli siły z Sony, który to potentat przyjął pod swoje "skrzydła" miłośników Minolty, czy też użytkowników Olympusa bądź Pentaxa walczących ze wszystkimi pozostałymi. O ile jednak wojny te miały sens pięć-sześć lat temu, kiedy porównywanie poziomu szumów w Canonie EOS 20D, Nikonie D70s i Minolcie Dynax 7D przynosiło jeszcze jakieś efekty, o tyle obecnie te akurat argumenty straciły mocno na znaczeniu. Mówiąc krótko - wszystkie aparaty z danej półki cenowej "robią" (jak zwykli to mówić laicy) dobre zdjęcia, a ważne różnice pomiędzy nimi widoczne są dla osób bardziej zaawansowanych, które w większości już wybrały sobie system.
 

felieton po co w ogóle testować aparaty test testy recenzja recenzje Canon EOS 60D studium przypadku 
Kiedy w 2004 roku firma Canon wprowadziła do sprzedaży lustrzankę EOS 20D, zastosowany w niej przetwornik obrazu CMOS w połączeniu z procesorem Digic II dawały obraz o wyjątkowo niskim jak na tę klasę urządzeń poziomie szumów przy wysokiej czułości ISO. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że różne modele aparatów należące do zbliżonej grupy cenowo-jakościowej potrafiły bardzo różnić się od siebie parametrami technicznymi i pozwalały wykonywać w pewnych sytuacjach zupełnie odmienne zdjęcia, to nie będziemy się dziwić popularności, jaką w tamtych czasach cieszyły się wszelakie testy porównawcze. (Fot. Canon)

 

O czym w takim razie mają teraz pisać redaktorzy portali i autorzy blogów technologicznych? Nie ulega wątpliwości, że testy syntetyczne, praktyczne czy publikowanie zdjęć próbnych nadal powinny stanowić ważny element każdego wiarygodnego testu aparatu cyfrowego czy obiektywu – choćby po to, aby możliwe było udzielenie odpowiedzi na pytanie, które zadaje prawie każdy czytający test: "czy ten sprzęt jest wart zapłaconych za niego pieniędzy?" bądź też aby dało się ze sobą w mniej lub bardziej obiektywny sposób porównać kilka konkurujących ze sobą urządzeń. A jednak… Już od dawna, gdy zdarzy mi się, że ktoś zada mi sakramentalne pytanie "Canon czy Nikon?" albo "co będzie lepsze, aparat X czy aparat Y?" odpowiadam "to, co ci lepiej leży w ręce". I nie jest to wcale próba pozbycia się z karku natręta, który nie wie czego chce (choć i tacy nadal niestety się zdarzają), ale efekt wieloletnich obserwacji i dojścia do wniosku, że sprzęt różnych producentów od dawna jest już tak zaawansowany, że podstawowymi kryteriami doboru powinny być funkcjonalność i ergonomia w kontekście osobistych preferencji fotografującego. Dlatego też nie polecę lustrzanki osobie, która szuka sobie małego, szybkiego aparatu, ale już na przykład wyklinane przez wielu "tradycjonalistów" bezlusterkowce jak najbardziej. Mimo iż sam od lat robię zdjęcia dość ciężką lustrzanką.

Zupełnie inną sprawą jest osoba testującego i jego podejście do przedmiotu testów. I nie mówię tu nawet o żadnych uprzedzeniach czy innych podejrzeniach z pogranicza teorii spiskowych, ale o zwykłą znajomość tematu. Tak, wiem, brzmi to niczym sugestia, że testujący może nie mieć wystarczających kompetencji do zajmowania się swoją pracą, ale tak naprawdę chodzi mi o coś zupełnie innego. Produkowane obecnie aparaty kompaktowe, lustrzanki, bezlusterkowce czy nawet obiektywy w przeważającej części są następcami innych, starszych modeli i z tego powodu zawsze oceniane są między innymi przez pryzmat poprzedników. O tym jak ważne, a jednocześnie jak subtelne i wymykające się większości recenzetnów różnice potrafią wystąpić, przekonałem się na własnej skórze dopiero niedawno, kiedy to po części miałem okazję, a po części zostałem zmuszony do poużywania przez kilka dni aparatu Canon EOS 60D. Chciałbym tę historię przytoczyć jako swoiste studium przypadku – jest ona bowiem znamienna i jak sądzę może stać się udziałem każdego z nas.
 

felieton po co w ogóle testować aparaty test testy recenzja recenzje Canon EOS 60D studium przypadku
Canon EOS 60D – aparat ten oraz zastosowane w nim rozwiązania są przedmiotem swoistego studium przypadku na potrzeby tego tekstu. Lektura zamieszczanych w Internecie testów i recenzji tego aparatu oraz kilka dni korzystania z niego doprowadziły mnie do wniosków, które stały się inspiracją całego tego artykułu. (Fot. Canon)

 

W tym momencie wypada mi wyjaśnić jedną rzecz: od początku mojej przygody z fotografią cyfrową jestem użytkownikiem lustrzanek firmy Canon. Nie ma w tym żadnej głębszej ideologii, tak po prostu wyszło. Cenię sobie modele i systemy wielu producentów, szczególnie Nikona i Olympusa za ich rozbudowaną funkcjonalność i ergonomię. Canonem zacząłem fotografować dawno temu i tak mi po prostu zostało – aż któregoś dnia zorientowałem się, że lubię jego "surowość" i prostotę oraz jestem w stanie zaakceptować powszechnie znane (i niekiedy spore) niedostatki związane z układem pomiaru światła oraz systemu błyskowego. Od kilku lat również używam prywatnie modelu EOS 50D, który optymalnie spełnia moje potrzeby i choć nie jest też pozbawiony wad (o nich nieco później), to jednak nigdy nie odczuwałem pokusy, aby choćby rozważyć zamianę go na młodszego o dwa lata dość kontrowersyjnego "następcę".

O Canonie EOS 60D napisano już bardzo wiele - zarówno dobrego jak i złego. Użytkowników "pięćdziesiątki" jak również innych poszukujących aparatu zbliżonego do modelu EOS 50D lecz usprawnionego funkcjonalnie i z możliwością filmowania boli uproszczone i pod wieloma względami prymitywniejsze i mniej wygodne sterowanie. Zgadzam się z osobami twierdzącymi, że producent próbując "zagęścić" swoją ofertę postanowił uprościć nieco swoją serię dwucyfrową i w ten sposób część potencjalnych odbiorców skierować w stronę znacznie bardziej zaawansowanego EOSa 7D. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę, że nie każdemu użytkownikowi "pięćdziesiątki" i starszych modeli potrzebny jest tak zaawansowany autofocus i inne elementy typowe dla "siódemki", a jej cena jest znacznie wyższa od "sześćdziesiątki" (podobnie jak od modelu 50D w momencie jego premiery), to łatwo zrozumieć irytację zaawansowanych amatorów i fotografów określających siebie mianem segmentu semi-profi. O tym wszystkim pisali już chyba wszyscy recenzenci, którzy mieli możliwość przetestowania wspomnianego modelu. A co zauważył wieloletni już użytkownik Canona, dla którego poprzednik Canona EOS 60D był podstawowym aparatem cyfrowym przez ostatnie 2,5 roku?
 

felieton po co w ogóle testować aparaty test testy recenzja recenzje Canon EOS 60D studium przypadku 
Miłośnicy lustrzanek cyfrowych Canona ciągle jeszcze nie mogą wybaczyć "swojemu" producentowi tak radykalnych zmian w sposobie sterowania lustrzanką EOS 60D w porównaniu z modelem EOS 50D i wcześniejszymi. Trudno ich za to winić – rezygnacja z wygodnego dżojstiku zlokalizowanego tuż nad pionowym pokrętłem i zastąpienie go dość niewygodnym wybierakiem wewnątrz pomniejszonego kółka sterującego znacznie pogorszyła ergonomię tego aparatu. (Fot. Canon)

 

Ośmielę się zaryzykować twierdzenie, że nieco więcej niż większość testujących. Nic w tym zresztą dziwnego: nie gonił mnie termin testu ani też nie musiałem skupiać się na wykonywaniu serii zdjęć do testów czułości ISO i innych. Zresztą jeżeli chodzi o testy światłoczułości matrycy, to od dawna już wychodzę z założenia, że niezależnie od technologii nowoczesne aparaty do czułości 1600-3200 ISO włącznie oferują obraz wystarczająco dobry, aby dało się na niego patrzeć bez obrzydzenia, a z wartości wyższych korzystam tylko wtedy, gdy naprawdę muszę. I dzieje się tak nie za sprawą zaszumienia, lecz z uwagi na spadek dynamiki tonalnej matrycy, z czym do chwili obecnej żaden inżynier nie może sobie poradzić i zapewne prędko sobie nie poradzi, jako że do wykonania zdjęcia o dobrej tonalności potrzebne jest po prostu światło – a tego akurat w warunkach, w których musimy skorzystać z tak wysokiej światłoczułości, zazwyczaj bardzo brakuje. Rzuciły mi się natomiast w oczy inne cechy funkcjonalne. Przede wszystkim aparat ten jako pierwszy z serii "dwucyfrowej" (modele EOS od 10D do 60D) dysponuje zakresem korekty ekspozycji większym niż -2/+2 EV, co zresztą słusznie zaznaczyła większość testujących – do tej pory bowiem EOS 50D był bodaj ostatnim aparatem kierowanym do wymagających fotografów, w którym niemożliwe było ustawienie światła w trybach preselekcji czasu i przysłony, posługując się w tym celu próbką w kolorze czystej bieli lub czerni (do tego potrzebna jest korekta ekspozycji na poziomie około 2,5-3 EV). Podobną niezwykle ważną funkcją wprowadzoną w "sześćdziesiątce", za którą większość użytkowników starszych modeli dałoby się pokroić (zwłaszcza słysząc drwiny posiadaczy konkurencyjnych modeli Nikona czy Sony) jest możliwość bezprzewodowego sterowania błyskiem lamp systemowych za pomocą wbudowanego flesza. O tym również wspomniała część testujących, choć jednak mniej skwapliwie.

Idę jednak o zakład, że co najwyżej jeden na dziesięciu recenzentów (a użytkowników pewnie jeszcze mniej) zauważył zmiany, jakie projektanci Canona EOS 60D poczynili w systemie Auto ISO. Mechanizm ten, w odpowiedzi na funkcje od dawna obecne w wielu modelach konkurencji, japoński producent wprowadził do tej serii po raz pierwszy w Canonie EOS 40D, czyli dopiero w 2007 roku. Funkcja ta jednak zrealizowana została wręcz tragicznie, podobnie jak w kolejnym modelu, czyli EOSie 50D – nie umożliwiono żadnej regulacji zakresu jej pracy, a aby dowiedzieć się, jak właściwie ona działa, należało odwołać się do dokumentów White Paper (tylko po to, żeby dowiedzieć się, że w większości trybów ekspozycji bazowa czułość w trybie Auto ISO wynosi 400 ISO, a zakres w jakim aparat ją reguluje jest bardzo niski). Dość powiedzieć, że tryb ten w modelach EOS 40D i 50D był kompletnie nieużywalny. W najnowszym z dwucyfrowych EOSów jest już jednak zupełnie inaczej – przede wszystkim aparat stara się uzyskać najniższą możliwą w danej sytuacji czułość ISO, a w jego menu pojawiła się opcja umożliwiająca ustawienie górnej granicy regulacji w zakresie od 400 do 6400 ISO (z dokładnością co 1 EV). Początkowo zasmucił mnie brak możliwości ustawienia najdłuższego dopuszczalnego czasu otwarcia migawki w trybach P i Av na podobieństwo rozwiązania znanego choćby z bardziej zaawansowanych lustrzanek Nikona czy innych producentów. Okazało się jednak, że rozwiązanie zaproponowane przez Canona jest znacznie prostsze, a przy tym znacznie lepsze – w gruncie rzeczy jest to jedna z tych funkcji, w stosunku do których od dawna miałem nadzieję, że ktoś ją w końcu w cyfrówkach wprowadzi. Otóż czas naświetlania w trybach Program i preselekcji przysłony jest dobierany tak, aby zgodnie ze starą zasadą umożliwiał wykonanie nieporuszonego zdjęcia przy danej ogniskowej. Tak więc w przypadku dołączonego do aparatu obiektywu typu zoom 18-135 mm przy ogniskowej 35 mm aparat ustawia minimalną dostępną czułość ISO przy założeniu, że czas naświetlania nie powinien być dłuższy niż 1/40-1/60 sekundy, natomiast przy ogniskowych 85 i 135 mm czas ten skraca się odpowiednio do około 1/100 i 1/160 s (nieco szkoda, że mechanizm nie bierze poprawki na włączenie w obiektywie mechanizmu stabilizacji obrazu, ale może to nawet i lepiej).
 

felieton po co w ogóle testować aparaty test testy recenzja recenzje Canon EOS 60D studium przypadku 
Funkcja Auto ISO w Canonie EOS 60D prezentuje się z poziomu menu aparatu bardzo niepozornie. To jednak nie mnogość dostępnych opcji (której brak) w tym aparacie, lecz zastosowany przez producenta algorytm działający "w tle" sprawia, że automatyczna kontrola czułości matrycy w najnowszej lustrzance Canona kierowanej do bardziej wymagających amatorów jest przykładem najlepszej implementacji tej funkcji, z jaką dane było mi się do tej pory zetknąć.

 

Podobnych elementów, choć znacznie mniej dla mnie istotnych, o których czytane wcześniej przeze mnie testy rzadko wspominały znalazłem zresztą więcej. Filtry twórcze (Creative filters), obróbka obrazów RAW (RAW image processing), możliwość przyznawania zdjęciom ocen (Rating) w standardowym systemie 5-gwiazdkowym, czy wreszcie bardzo ciekawy system analizowania stanu akumulatora (Battery info) łącznie z licznikiem wykonanych zdjęć oraz fizycznym stanem ogniw być może nie są czymś, dla czego dałby się pokroić fotograf używający Canona EOS 50D lub jeszcze starszego modelu, niemniej jednak dla sporej części użytkowników elementy te mogą stać się ważnym argumentem. Ja sam podejrzewam, że gdyby nie przykre zmiany w funkcjonalności aparatu, to wymienione wcześniej trzy najważniejsze (z mojego punktu widzenia oczywiście) zmiany, czyli poszerzony zakres korekty ekspozycji, wzorowo zrealizowana funkcja Auto ISO oraz możliwość bezprzewodowego sterowania zewnętrznymi lampami błyskowymi za pomocą wbudowanej w zupełności wystarczyłyby, abym zaczął rozważać pomysł wymiany sprawdzonej "pięćdziesiątki" na nowszy model.

Oczywiście oprócz zalet niedostrzeżonych przez autorów licznych artykułów recenzujących Canona EOS 60D, pisanych zgodnie z rozmaitymi "laboratoryjnymi" procedurami testowymi, miałem okazję odnotować również niedostrzeżone wady. Pomiędzy negatywnymi uwagami czynionymi praktycznie przez wszystkich (pogorszona ergonomia, likwidacja dziewięciokierunkowego manipulatora punktów AF na rzecz jego odpowiednika zintegrowanego z pokrętłem pionowym itd.) lub przez większość recenzentów (zmniejszenie funkcjonalności przycisków sterujących zlokalizowanych nad górnym wyświetlaczem aparatu, zredukowanie liczby trybów ekspozycji Custom do jednego) znalazły się też inne, które umknęły niemal wszystkim tym, którzy na co dzień nie posługują się aparatami Canona. Czy były one poważne? To zależy już od punktu widzenia samego fotografa. Na przykład większość osób potencjalnie zainteresowanych kupnem "sześćdziesiątki" machnęłaby tylko ręką widząc nieoczekiwaną zmianę standardu złącza wężyka spustowego ze stosowanego w EOSie 50D i starszych modelach N3 na typowe dla segmentu niższego (czyli modeli "trzycyfrowych", takich jak EOS 500D, 550D czy 600D) złącze E3, znane lepiej pod nazwą Mini-Jack. Niektórzy byliby wręcz zadowoleni wiedząc, że ewentualny zakup wyzwalacza wiązać się będzie z dwukrotnie niższym wydatkiem. Ci jednak, którzy dokonując zamiany modelu starszego na nowszy liczyliby na przeniesienie do niego wszystkich posiadanych akcesoriów mogliby się niemile zdziwić – a nawet bardzo niemile, gdyby jednym z tych akcesoriów okazał się być kosztujący nieco ponad 500 zł przewodowy zaawansowany kontroler TC-80N3 rozbudowujący aparat o wiele interesujących funkcji i w przypadku Canona EOS 60D niestety zupełnie bezużyteczny.
 

felieton po co w ogóle testować aparaty test testy recenzja recenzje Canon EOS 60D studium przypadku felieton po co w ogóle testować aparaty test testy recenzja recenzje Canon EOS 60D studium przypadku
Bardzo niewielu autorów recenzji i testów Canona EOS 60D zwróciło uwagę, że w modelu tym zamiast znanego z innych EOSów "dwucyfrowych" złącza wyzwalacza przewodowego N3 zastosowano stosowane w prostszych lustrzankach cyfrowych tego producenta gniazdko E3 (po lewej). Wprawdzie pozwala to nabywcy tego aparatu zaoszczędzić nieco pieniędzy na dwukrotnie tańszych (niż w przypadku modeli aparatów Canon EOS 50D i starszych) prostych wężykach spustowych, lecz jednocześnie uniemożliwia skorzystanie z zaawansowanego wyzwalacza i programatora TC-80N3 (po prawej).

 

Opisane w powyższym przykładzie sytuacje i problemy są tak naprawdę tylko kroplą w morzu tego wszystkiego, co wiąże się z przeprowadzaniem i publikowaniem testów aparatów, akcesoriów fotograficznych i kamer. Nie da się również ukryć, że ostatnie lata zmieniły rynek foto-wideo w znacznym stopniu, a przede wszystkim doprowadziły do zmiany wymagań jego odbiorców. Kto będzie studiował dziesiątki słupków i porównywał pod lupą zdjęcia tablic testowych, jeżeli dowie się z nich tylko tyle, że testowany aparat pod względem jakości obrazu nie różni się niczym od swojej najbliższej konkurencji? Z drugiej strony żadnemu testującemu nie wolno zapominać, że dany test lub recenzję pisze nie dla siebie, ale dla grona czytelników danego serwisu, a oni mają swoje wymagania i oczekiwania. Dlatego też moim celem jest, abyście potraktowali ten tekst jako głos w dyskusji na temat testów sprzętu fotograficznego na łamach SwiatObrazu.pl w roku 2012 – ich roli, tego jak duży udział powinny one stanowić pośród materiałów publikowanych w serwisie, na co powinni kłaść nacisk ich autorzy. Wypowiedzcie się, co podoba się Wam w obecnie publikowanych testach, a co najchętniej byście zmienili i w którą stronę. I wreszcie czy uważacie, że testy i recenzje sprzętu fotograficznego i wideo w znanej nam postaci mają rację bytu w nadchodzącym 2012 roku, czy też powinny w tym względzie nastąpić jakieś głębsze zmiany? Czekamy na Wasze uwagi.

 

 

Autor: Jarosław Zachwieja






Oceny artykułu: 100% 0% ocen: 1

Czytaj także


Inne artykuły autora



Komentarze Użytkowników

Niezalogowanych Użytkowników prosimy o zalogowanie się przed dodaniem komentarza.


Domyślny avatar Ludzi interesujacych sie srubkami, ostrzeniem z przodu lub z tylu, podniecajacymi sie pikselami i innymi pierdolami, jest niestety za malo. Gdyby bylo ich wiecej, ilez mniej zlych fotografii ogldalibysmy!? 2011.12.28 13:54, eFotografista # 

Domyślny avatar Ludzi interesujacych sie srubkami, ostrzeniem z przodu lub z tylu, podniecajacymi sie pikselami i innymi pierdolami, jest niestety za malo. Gdyby bylo ich wiecej, ilez mniej zlych fotografii ogldalibysmy!? 2011.12.28 13:54, eFotografista # 

Domyślny avatar Dziwny wniosek wysuwasz, eFotografisto - skąd myśl, że większa liczba onanistów sprzętowych zmniejszy liczbę tych, którzy robią i publikują kiepskie zdjęcia? Dziwnym trafem zresztą to właśnie onaniści (kiedy już zmuszą się do sfocenia czegoś więcej niż linijki czy tablicy Gretaga) są najczęściej autorami najgorszych knotów. 2011.12.28 15:40, Gawron # 

Domyślny avatar Ironia, Gawron. Tam wyżej jest ironia. ; ) 2011.12.30 11:20, Johny12 # 

Domyślny avatar Jeżeli tak, to znaczy że za długo siedzę w necie - mam kłopoty z jej dostrzeżeniem, kiedy nie widzę jakiejkolwiek emoty. :P Chociaż może to dlatego, że widywałem już podobne głosy i ironiczne nie były...

Ale żeby nie było tak zupełnie OT to coś jest na rzeczy. Ja nawet już w testach nie patrzę na wykresy itd. choć kiedyś patrzyłem. Szlag mnie trafia na dziesiątki tabelek z których nic nie wynika. Interesują mnie już tylko dwie rzeczy: opisy funkcjonalności (i czasem też ergonomii) oraz sample z rzeczywistych sesji.
2011.12.30 11:47, Gawron # 


Komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu i w żaden sposób nie odzwierciedlają poglądów prezentowanych przez właścicieli i administratorów SwiatObrazu.pl. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.



Najnowsze fotografie

Miejskie zasadzki Sciurus vulgaris Łaciaty Parkoty 3 Parkoty 2 Parkoty 1 Przystań