Archiwum

Nauka latania  

Nauka latania

Niki wrócił w końcu do domu ze swej harcerskiej akcji i oczywiście strasznie żałował, że nie mógł wziąć udziału w naszej… Po chwili namysłu sprowadził nas szybko do parteru twierdząc (czyżby na pocieszenie samego siebie?), że to co zrobiliśmy, jest w porządku, ale… środki, które zastosowaliśmy są bardzo archaiczne… Udowadniał, że nikt nie jest w stanie (nawet on…) tak przygotować drzew, by służyły jedynie wytwarzaniu biomasy i tlenu. Jako wartownik obozowy i sobieradek (wrócił z nowymi naszywkami na ramieniu, więc zapewne chciał nam świetliście unaocznić swoje nowe sprawności) Zostanę strażnikiem staruszek i młodych wysportowanych kobiet też!- stwierdził. Uśmiechnęliśmy się tylko i poszliśmy do swoich prozaicznych czynności domowych (do bólu przewidywalnych i stereotypowych: Miłka zmywała patrząc na chmury i układając strofy, Marcin trudził się nad obrobieniem nieobrobialnego zdjęcia). Po pół godzinie ( czyli pozmywaniu dwóch talerzy i nieobrobieniu nieobrobialnego zdjęcia) Niki kategorycznie zażądał by Marcin nauczył go latać. Oczywiście ojciec uznał ten pomysł za baaardzo interesujący i skwapliwie porzuciwszy mysz, ruszył do szopy, by przygotować odpowiedni wehikuł. Wydawało nam się jeszcze wtedy, że tylko przy pomocy mniej lub bardziej zaawansowanej techniki sztuka ta może się udać. Po około 3,762 h udało się stworzyć prototyp. Oczywiście Niki wymusił na ojcu, by zewnętrznie przypominał on pojazd Harrego P. (jednego z jego ulubieńców) ale powiem nieskromnie, że wizualna strona to tylko cień tego, co kryło się w środku. Jako paliwo zastosowałem zdegratyfikowaną polewkę z soku naszej brzozy a zamiast klasycznych kierunkowskazów dałem liofilizowane świetliki z napromieniowanymi falami tetra gamma czułkami. W celu oblotu wybraliśmy naszą stodołę która, choć pełna ograniczeń, ma tą przewagę nad pozostałą przestrzenią, że jej powierzchnia pokryta jest pachnącym, nietwardym sianem, co przy nauce techniki pilotażu wydaje się istotne (przyjemnie przecież zaciągnąć się podczas męczących ćwiczeń cudownym aromatem a spadając nie poczuć zbyt ciasno upchanych atomów ). Ale cóż słowa…

 

Pierwsze próby szybkości, przy założonej niewielkiej wysokości, były zgodne z założeniami Marcina, Niki jednak (co widać po minie, choć nie ujawnił tego werbalnie) był sfrustrowany niemożnością osiągnięcia nawet prędkości dźwięku (po cichu liczył na dwa machy…)

 

 

 

 Wkrótce zwiększyliśmy wysokość i przy pikowaniu w dół Niki osiągnął w końcu swoje cele (2,531 macha) Cóż z tego… Przecież przed Urzędem Gminy nie pozwolisz mi biegać z miotłą a przecież tam też rosną drzewa- zauważył Niki. Czemu nie powiedział tego wcześniej??? Musieliśmy zacząć wszystko od początku… Poszedłem do szopy i… wyszedłem…. ale z pomysłem. Będziemy się uczyć latać bez pomocy maszyn. Poszliśmy na łąkę sąsiada która, wydawało mi się, ma odpowiednie nachylenie. Sąsiad, jak to każdy dobry gospodarz, zaraz przyszedł zobaczyć co się dzieje na jego włościach. Pomysł mu się spodobał i obiecał natychmiastową pomoc. Nie bardzo sobie wyobrażaliśmy co może zrobić, ale on obrócił się na pięcie i po chwili przyszedł z

 

 

     kosą. Przygotuję wam pas startowo- lądowy- powiedział. I jak to ma w zwyczaju zabrał się dziarsko do pracy. Trochę to jednak trwało… Sąsiad z naprzeciwka, który też zainteresował się całym zamieszaniem omal (czyżby omal?)

 

 

 

     nie usnął…

    W końcu…

 

 

 

Niki zaczął pierwsze loty. Wysokość i prędkość były zbliżone do tych „na miotle”, ale pojawił się problem z kierowaniem… Momentami naprawdę drzałem, gdy choćby nieskoordynowane ruchy palców serdecznych przeradzały się w korkociąg tuż przy ziemi… Zdałem sobie sprawę, że urząd lotnictwa cywilnego nie na żarty wymaga szkoleń dla pilotów samolotów pasażerskich…

Może zaczniemy od czegoś prostszego- zaproponowałem.
Co sądzisz o szybowaniu?- dodałem szybko, bo wiedziałem, że czego jak czego, ale ambicji Nikiemu nie brakuje i moje wszelkie sugestie o upraszczaniu mogą się spotkać z dużym oporem. Ten pomysł wydał mu się jednak genialny.

 

 

Wybraliśmy nawet drzewo, by pięknie poszybować w dół, gdy nagle… przyszła mi zupełnie inna myśl. W końcu przeczołgałem się przez 17 lat edukacji… Tobie potrzeba profesjonalnego nauczyciela! Takiego z etatem i papierami!-krzyknąłem rozentuzjazmowany.
Szybko na gminnej stronie, zrobiliśmy zakładkę LOTNICTWO i daliśmy ogłoszenie o poszukiwaniu odpowiedniego kandyta. Jeszcze klawisz enter nie ostygł od ciepła mego palca, gdy zgłosił się pierwszy chętny, więc czym prędzej przystąpiliśmy do lekcji.

 

 

 

 Przyznam, że zrobił na nas wrażenie. Zwłaszcza strój… lecz czujna Miłka, której obecności raczej się nie spodziewaliśmy…

 

 

wylała go natychmiast… To nie są metody… Ta szpila ( która miała być dodatkowym argumentem, by nie popełniać błędów i lądować wystarczająco daleko) to policzek dla nowoczesnej pedagogiki - i jak przystało na zawodowego nauczyciela, po tym obszernym wyjaśniła wskazała palcem kierunek odmarszu.

Wróciliśmy więc na drzewo… tym razem udaliśmy się do lasu, by możliwie urozmaicić monotonie ćwiczeń, ale nim do nich w ogóle doszło…

Niki rozmarzył się o skrzydłach… i zaczęliśmy gadać, gadać, gadać…

Na szczęście pobliska linia niskiego napięcia, z jej jawnie muzycznym charakterem, naprowadziła nas na właściwy trop….Jooohan! -krzyknęliśmy równocześnie o 16.34 czasu środkowo europejskiego. Ten człowiek o świetnym słuchu, posługujący się 4 językami (szkoda tylko, że nie polskim) nadawał się idealnie do roli wykładowcy latania!

Johan oczywiście podał nam swą pomoc dłoń. Jeszcze raz pokazał swą Niderlandzką skrupulatność… Zaczął realizować systematycznie, autorski plan treningowy (najpierw tu, na ziemi). Krok, po kroku…

Niki nauczył się chodzić pod kątem 45 i 135 stopni. (Przy okazji Lena poznała teoretyczne podstawy pokonywania kanałów na panczenach.)

Oswajał się z przestrzenią powietrzną oraz trenował błędnik (łac. labyrintus), by nie działał głupio w chwilach bardziej skomplikowanych ewolucji. Wszystko to na spokojnie, w rytm pochłaniania lodów orzechowych…

Dopiero po godzinie takich ćwiczeń rozpoczęły się wspólne starty…

po czym płynnie przeszli do lotów…

by w końcu, zgodnie z planem zmęczeni, ale zadowoleni, wylądować

Myśleliśmy, że to już koniec, ale Johan, kazał Nikiemu się przebrać…
Jak go zobaczyliśmy, to nawet nasz kot nie wytrzymał i zrobił naprawdę wielkie oczy…

 

 

 

Po chwili wszystko stało się jasne… Niki szykował się do lotu stratosferycznego… Przewidywana temperatura -30…

Lena z Miłką przygotowały część oficjalną pożegnania z entuzjastycznym papapa jako apogeum tej urokliwej chwili.

Start był naprawdę ostry…

Wkrótce osiągnął stan przypominający stan nieważkości, robiło się jednak coraz zimniej…

Na szczęście zapobiegliwa mama dała na podróż dodatkową kurtkę i szalik….

Na ubraniu zbierało się coraz więcej śniegu…

Kiedy słonko zaczęło zachodzić Niki zdecydował się zmienić kierunek i rozpoczął lądowanie…

Wrócił w stylu starego mistrza Bruca L. i do tego…

z pamiątkowymi zdjęciami! Dla takich widoku warto potrenować!

A więc podsumowując:
I ty, drogi czytelniku, rusz tyłek sprzed komputera i zrób wreszcie coś dla siebie, dla staruszek i młodych, wysportowanych kobiet, też!

9 sierpnia 2012 | oglądano: 1027 | głosów: 4 | komentarze: 0