25 maja 2008, 12:58
Autor: Anna Cymer
czytano: 1992 razy

Długie weekendy fotograficzne

Długie weekendy fotograficzne

Wujek przy grillu czy piktorialny pejzaż Edwarda Steichena? Gdzie i jak powinno się oglądać zdjęcia? Które fotografie są warte rzucenia tylko okiem, a na które powinno się patrzeć z namaszczeniem?

Maj obfituje w długie weekendy i choć pogoda może nie jest wymarzona, wiele osób korzysta z kilku dni wolnego i gdzieś wyjeżdża. Czy to na działkę, czy nad morze, czasem zwiedzać zabytki albo rozkoszować się naturą.

Tak czy siak podczas takich wyjazdów zazwyczaj powstaje sporo zdjęć. Dokumentuje się i wspomniane zabytki, i wujka koło grilla, i córeczkę nad jeziorem. Po powrocie wielu weekendowiczów chce się przywiezionymi zdjęciami podzielić ze znajomymi i rodziną, wysyła je więc e-mejlem lud rozdaje zgrane na płytę. Dziesiątki osób po długim weekendzie ogląda więc mnóstwo zdjęć na monitorze komputera. Jeśli zdjęcia są fajne, wysyła je dalej, swoim znajomym, tamci znów może komuś – tworzy się w ten sposób być może niekończący się fotograficzny łańcuszek.

 

Po co piszę te wszystkie „oczywiste oczywistości”? Tydzień temu na stronie internetowej brytyjskiego „Guardiana” ukazał się tekst, którego autorka postawiła tezę, że oglądanie zdjęć na monitorze komputera jest bardzo złym sposobem na kontakt z fotografią. Nieporównywalnie lepszym zaś według autorki jest oglądanie albumów fotograficznych (żeby doprecyzować – chodzi o stare, unikatowe albumy, nie takie z księgarni). Oczywiście autorka tekstu nie miała na myśli zdjęć z rodzinnego grillowania na działce, tylko np. autentyczne odbitki Edwarda Steichena. Przyszło mi jednak do głowy, że faktycznie fotografia fotografii nie równa i co innego się widzi (i chce widzieć) na monitorze, co innego na papierze.

Fotografia cyfrowa jest cudownym wynalazkiem, jeśli chodzi o zdjęcia pamiątkowe, robione na imprezach czy wycieczkach. Można ich robić dowolnie dużo i później się nimi dzielić – ja to uwielbiam, w końcu zazwyczaj zdjęcia robimy dla kogoś (nawet dla niezidentyfikowanego „kogoś”, ale nie do szuflady). Ale nie da się ukryć, że takie zdjęcia nie mają nic wspólnego z prawdziwą fotografią, ze Steichenem, Gurskym, Capą czy Salgado. Więc moim zdjęciom bynajmniej nie przeszkadza istnienie na monitorze komputera, ba, było by szkoda czasu i pieniędzy, żeby nawet robić z nich wydruki.

Ale żeby od razu potępiać komputer, jako miejsce do oglądania „wielkiej” fotografii? Jak tylko do swojego komputera podłączyłam po raz pierwszy internet, spędzałam dnie i noce, oglądając strony fotografów, galerii czy agencji (strona agencji Magnum przytrzymała mnie przy komputerze dobrych kilka dni). Oczywiście nie ma co w takiej chwili liczyć na doznania, związane z podziwianiem doskonałej gry tonów na barytowym papierze. Tego faktycznie w komputerze się nie zobaczy. Ale jakie mamy szanse w życiu zobaczyć choć mały procent tych zdjęć co w internecie, na żywo? Autorka tekstu mieszka w Londynie, zapewne ma nieco lepsze galerie i muzea pod nosem; Polak, jeśli nie podróżuje po świecie, Steichena w oryginale raczej nie zobaczy. Czy to znaczy, że ma po prostu go sobie odpuścić?

Cały artykuł, który mnie do rozmyślań zainspirował, można przeczytać tu



www.swiatobrazu.pl