5 września 2018, 10:30
Autor: Redakcja SwiatObrazu.pl
czytano: 1969 razy

Czy w fotografii studyjnej lepiej sprawdzają się mocne flesze manualne, czy słabsze lampy błyskowe z automatyką TTL?

Czy w fotografii studyjnej lepiej sprawdzają się mocne flesze manualne, czy słabsze lampy błyskowe z automatyką TTL?

Podczas warsztatów z pracy w studiu fotograficznym jedno z ciekawszych pytań jakie zdarza nam się słyszeć z ust średniozaawansowanych fotografów, mających już pewne doświadczenie w pracy z nowoczesnymi lampami błyskowymi, dotyczy zagadnienia o tyleż technicznego, co ideologicznego: czy fotograf zawsze musi wybierać pomiędzy silnymi fleszami studyjnymi a słabszymi lampami systemowymi z zaawansowanymi systemami automatycznej kontroli siły błysku? Czyli - czy istnieje możliwość sięgnięcia po to, co najlepsze z obu tych światów, a jeśli nie, to co najlepiej wybrać? Dzisiaj spróbujemy odpowiedzieć na te pytania.

Fotograf mający już pewne doświadczenie z kreatywnym wykorzystaniem światła błyskowego w swojej dotychczasowej twórczości, ale pracujący do tej pory tylko z systemowymi lampami błyskowymi, po przekroczeniu progu studia fotograficznego najczęściej zmuszony jest do całkowitej zmiany przyzwyczajeń. Robiąc zdjęcia w plenerze większość z nas korzysta bowiem (czasem nawet nieświadomie) z automatyki sterowania błyskiem działającym w oparciu o współpracę z układem pomiaru światła w aparacie – a więc systemami TTL. Tymczasem flesze używane w atelier fotograficznych to w większości przypadków konstrukcje manualne. Nic więc dziwnego, że początkujący fotografowie studyjni niekiedy wahają się, czy sobie z nimi poradzą.
 

studio fotograficzne
Typowa studyjna lampa błyskowa jest konstrukcją manualną. Moc błysku ustala się w niej w abstrakcyjnych wartościach numerycznych (jak w pokrętle głośności wzmacniacza), albo też w ułamkach mocy maksymalnej. (Fot. Bowens)

 

Te wahania mogą doprowadzić do powstania dylematów: czy na początek przygody z fotografią studyjną lepsze nie byłyby systemowe lampy błyskowe wyzwalane zdalnie, pracujące w oparciu o automatykę TTL? Czy mniejsza w porównaniu z modelami czysto studyjnymi moc błysku – cena, jaką płacą korzystający z takich lamp – to nie jest przypadkiem coś, z czym warto się pogodzić do momentu dobrego opanowania technik manualnych? A może jednak warto od razu rzucić się na głęboką wodę i pozostawić sprawdzone systemowe flesze na progu studia? Na te i inne pytania postaramy się dzisiaj odpowiedzieć.

[kn_advert]

Studio fotograficzne - tutaj pracuje się manualnie

Atelier to obszar podwyższonego komfortu dla fotografa, jego zespołu i ewentualnych modeli. Przestrzeń, której każdy aspekt – ze światłem na czele – podlega naszej ścisłej kontroli i jeśli tylko chcemy, nie zmienia się niezależnie od pory dnia i roku. Z tego powodu praktycznie od zawsze przyjęło się, że fotograf studyjny kontroluje moc błysku swoich lamp w sposób manualny, a jedyna automatyka, do której się odwołuje w tym zakresie, to automatyka pomiarowa: wysokiej jakości światłomierze pozwalające mu precyzyjnie określić zapotrzebowanie na intensywność błysku w określonych partiach sceny oraz dobrać odpowiednią wartość przysłony w aparacie.
 

studio fotograficzne
Możliwość niezależnego sterowania wszystkimi lampami z poziomu aparatu to jedna z najważniejszych zalet nowoczesnych lamp systemowych. Jednak wielu producentów fleszy studyjnych stara się zapewnić taką funkcjonalność również modelom manualnym, przygotowując dla nich dedykowane sterowniki. (Fot. Godox)

 

Co nie znaczy oczywiście, że zawodowcy nie lubią sobie ułatwić życia tu i ówdzie – szczególnie jeśli mają do czynienia z większą liczbą lamp, z których co najmniej część przesłonięta jest wielkimi modyfikatorami. Nie robią tego jednak (poza pewnymi wyjątkami o których piszemy w dalszej części tekstu) oddając kontrolę nad lampami systemom automatycznej kontroli ekspozycji i siły błysku. Zamiast tego wolą oni sterować błyskiem poszczególnych lamp lub ich grup z poziomu jednego urządzenia: panelu sterującego do którego podłączone są wszystkie lampy lub sterownika-wyzwalacza radiowego. W ten sposób zapewniają sobie łatwy dostęp do lamp bez konieczności fizycznego zbliżania się do nich, ale zachowują pełną kontrolę nad ich działaniem.

Dążenie do pełnej kontroli fotografowanej sceny nie ogranicza się zresztą wyłącznie do mocy błysku poszczególnych lamp. Fotograf studyjny pracuje w trybie manualnej kontroli ekspozycji (w odróżnieniu od kolegi-strobisty fotografującego w plenerze przy oświetleniu mieszanym, który może mieć czasem dobre powody, aby wybrać tryb preselekcji przysłony), a balans bieli ustawia w aparacie w kelwinach, ponieważ dokładnie zna charakterystykę światła błyskowego używanych lamp. W dobrze kontrolowanym środowisku nie tylko może sobie na to pozwolić, ale wręcz wydaje mu się to czymś naturalnym.

 

Mocy nigdy za wiele?

Lampy wykorzystywane w studiu fotograficznym są (na ogół) sprzętem manualnym – to wiemy. Są też znacznie mocniejsze od większości systemowych lamp kompaktowych (poza nielicznymi modelami producentów specjalizujących się w sprzęcie reporterskim o parametrach z pogranicza fleszy kompaktowych i studyjnych), co jest powszechnie uznawane za ich zaletę. Ale czy na pewno ta moc jest nam potrzebna? Cóż, to zależy od sytuacji. Jednak nawet dość proste zadanie może okazać się ponad możliwości oferowane przez lekkie flesze systemowe. Wszystko zależy od tego, jak do owego zadania pragniemy podejść.
 

studio fotograficzne
W praktyce typowo studyjnej mocny błysk przydaje się nieco rzadziej, niż w fotografii plenerowej (szczególnie jeśli fotograf lubi "wypalać słońce", czyli zastępować oświetlenie naturalne własnym), ale w pewnych sytuacjach mocna lampa po prostu się przydaje. Na przykład uzyskanie odpowiednio dużej wiązki światła kontrowego wymaga niekiedy zdecydowanie większej ilości światła, niż do oświetlenia modelki od przodu. (Fot. Engin_Akyurt)

 

Pewne techniki oświetleniowe, a także niektóre modyfikatory światła powodują znaczne osłabienie intensywności wiązki oświetleniowej emitowanej przez lampę. Do tej pierwszej grupy należy odbijanie światła od ścian i sufitów, a także zwiększanie odległości od fotografowanego obiektu w celu zmniejszenia kontrastów lokalnych (chodzi o zjawisko propagacji światła wraz ze wzrostem odległości od jego źródła – tematykę tę opisujemy w tekście pt. Dlaczego nie należy mieszać różnych rodzajów oświetlenia i co zrobić, kiedy nie ma innego wyboru? w rozdziale poświęconym różnicom w natężeniu światła). Z kolei jeśli chodzi o modyfikatory, to ogólna zasada głosi, że każdy z nich powoduje utratę pewnej ilości światła, która przez niego przechodzi, choć niektóre – np. duże softboksy, beauty dish, czy strumienice, zwłaszcza jeśli dodatkowo wyposażone są w nakładki typu kratownica lub plaster miodu – są pod tym względem szczególnie żarłoczne. Na tyle, żeby w przypadku słabszych lamp, mimo ustawienia ich na maksymalną moc błysku konieczne okazało się zwiększenie czułości ISO w aparacie.

Tak więc stwierdzenie, że mocy błysku nigdy za wiele może nie jest do końca słuszne – często flesze o energii błysku na poziomie 600 Ws i wyższej zwyczajnie nie są podczas sesji studyjnej potrzebne – ale z drugiej strony dość łatwo doprowadzić do sytuacji, w której "zacznie się robić ciasno". Dotyczy to w szczególności fotografowania scen o większej powierzchni, niż przy standardowym zdjęciu portretowym lub konieczności użycia naprawdę dużych softboksów (na przykład przy niektórych typach fotografii produktowej). Tutaj po prostu lampy kompaktowe zwyczajnie nie wystarczą i cała zawarta w nich zaawansowana elektronika nie zda się na nic. A mówimy tu przecież o w miarę zwyczajnych sytuacjach – nie wspominamy już nawet o portretach grupowych, czy fotografowaniu takich obiektów, jak samochody, do których konstruuje się specjalne studia o rozmiarach hangarów z odpowiednio mocnym oświetleniem.

 

A może by tak mieć ciastko i zjeść ciastko?

W tym momencie wielu lepiej zorientowanych w temacie może zaprotestować, a inni – nie będący na bieżąco – ucieszą się na wieść, że istnieje grupa fleszy studyjnych przystosowanych do współpracy z popularnymi systemami kontroli błysków (najczęściej kompatybilność ta realizowana jest za pomocą odpowiednich wyzwalaczy podłączanych do aparatu). Tak więc jeśli ktoś chce, może za odpowiednią kwotę zakupić studyjną lampę błyskową oferującą kontrolę siły błysku w oparciu o pomiar TTL.
 

studio fotograficzne
Konkurencja pomiędzy producentami i silne nasycenie rynku studyjnych fleszy zmusza wszystkie liczące się marki do oferowania modeli z systemami TTL. Na zdjęciu znajduje się przykładowe urządzenie tego typu - Fomei Digitalis Pro T400 TTL. (Fot. Fomei)

 

Co oferuje taki sprzęt i ile trzeba za niego zapłacić? Zacznijmy może od odpowiedzi na drugie pytanie. Jak łatwo można się domyślić, za tę dodatkową funkcjonalność trzeba nieco wyłożyć, choć nie są to kwoty astronomiczne. Najtańsze dostępne obecnie na rynku studyjne lampy błyskowe o przyzwoitej mocy (300-400 Ws) i funkcjonalności TTL to wydatek około 2000 złotych, przy czym do ceny najczęściej trzeba doliczyć jeszcze sterownik dla wybranego systemu.

A co oferują? Oprócz wspomnianej już zgodności systemowej z kontrolą siły błysku w oparciu o pomiar TTL często zapewniają też synchronizację z krótkimi czasami ekspozycji (tryb HSS) oraz inne funkcje typowe dla fleszy systemowych. Na ogół (co wyjaśnimy dokładniej za moment) są to konstrukcje przystosowane do pracy w terenie, a więc wyposażone firmowo w zasilanie akumulatorowe lub przystosowane do takowego, nabywanego osobno. Poza tym jednak są to typowe lampy studyjne z uchwytem statywu oświetleniowego, mocowaniem akcesoriów (modyfikatorów), dużym okrągłym palnikiem i lampą modelującą. A więc wszystkim, czego można oczekiwać po lampie studyjnej.

 

Tęsknota za automatyką pomiaru światła i błysku – czy to w ogóle ma sens?

Zatem skoro już wiemy, że studyjne flesze wyposażone w możliwość pomiaru TTL oraz inne udogodnienia znane z fleszy systemowych istnieją, to czy fotograf pracujący w studio powinien się zastanawiać nad ich nabyciem? Niekoniecznie. Taki sprzęt bywa, owszem, całkiem użyteczny, ale raczej poza studiem – wszędzie tam, gdzie zachodzi konieczność "poprawienia" oświetlenia zastanego, albo zastąpienia go wykreowanym od zera. Przede wszystkim zaś w sytuacjach, gdy trzeba działać szybko – najlepszym przykładem może być tu sesja ślubna.
 

studio fotograficzne
W plenerze, gdzie warunki oświetleniowe ulegają ciągłym zmianom wielu fotografów lubi korzystać z funkcji automatycznej kontroli siły błysku opartej na pomiarze TTL – jeżeli nie we wszystkich lampach, to przynajmniej w części z nich. Jednak w fotografii studyjnej bardzo rzadko jest to potrzebne. (Fot. Piulet)

 

W praktyce typowo studyjnej pomiar TTL ma tak naprawdę sens w jednej sytuacji: jeżeli zależy nam na szybkim oszacowaniu wstępnych parametrów błysku wszystkich lamp, a nie mamy pod ręką odpowiedniego światłomierza (lub też nie potrafimy z niego korzystać). W takiej sytuacji parametry błysku zaproponowane przez układ kontrolny aparatu i lamp można z powodzeniem potraktować jako punkt wyjścia do dalszych, bardziej precyzyjnych regulacji. W przypadku skomplikowanych układów oświetleniowych pozwala to oszczędzić naprawdę sporo czasu.

Z drugiej strony jeżeli wyposażenie studia fotograficznego jest okazjonalnie wykorzystywane podczas sesji wyjazdowych, to nabycie lamp obsługujących systemy TTL lub chociaż HSS, a także przystosowanych do zasilania akumulatorowego po prostu ma sens. Jednak nie ma to nic wspólnego z fotografią stricte studyjną – takie oświetlenie jest już czymś bardziej wszechstronnym.



www.swiatobrazu.pl