13 maja 2010, 11:44
Autor: Tomasz Wojciuk
czytano: 26924 razy

Wywiady: Andrzej Dragan "Robię fotografię głów"

Wywiady: Andrzej Dragan "Robię fotografię głów"

Andrzej Dragan w rozmowie z Tomaszem Wojciukiem dla serwisu SwiatObrazu.pl zapytany o receptę na dobry porter mówi: "Nie ma. Może trzeba włożyć w zdjęcie maksymalnie dużo wysiłku... Ja, przystępując do pracy przede wszystkim szukam modela. Jeśli chodzi o dalszy przebieg, trzeba próbować pewnych rzeczy i umieć oceniać, czy nasza praca idzie w dobrym kierunku. Jeśli nie idzie, trzeba wiedzieć kiedy się cofnąć i dalej próbować."

Zapraszamy do lektury nowej rozmowy w dziale Wywiady SwiatObrazu.pl

Tomasz Wojciuk: Pamiętasz kiedy zrobiłeś swoje pierwsze zdjęcie?
Andrzej Dragan: Tak, to było w 2003 roku. Zaraz po tym, jak kupiłem Canona PowerShota G3 – mój pierwszy aparat.

T.W.: Nie fotografowałeś na filmie?
A.D.: Nigdy nie robiłem zdjęć aparatem tradycyjnym, jestem dzieckiem fotografii cyfrowej. Wiem na czym polega wywoływanie zdjęć w ciemni, bo moja mama się tym zajmowała, a ja - jako 3-letni brzdąc - ją podpatrywałem. Sam jednak nigdy się w to nie bawiłem.

T.W.: Czy to prawda, że od samego początku robiłeś tylko portrety?
A.D.: Niczego innego nie potrafię.

T.W.: Dlaczego?
Bo mnie tylko to pociąga. Jednak – żebyśmy dobrze się zrozumieli - sam portret nie jest czymś, co uwielbiam jako kategorię. Po prostu czasami trafiają się niezwykle ciekawe twarze, w których warto jest coś pokazać. I ja to robię.

T.W.: To znaczy, że każdego byś nie sfotografował?
A.D.: Zwykle jak ktoś poprosi mnie o zrobienie zdjęcia, to mu odmawiam. Do tej pory zrobiłem może 100 zdjęć, nie więcej. Nie jestem pierwszą osobą, która stosuje tę zasadę. W podobny sposób postępował na przykład Witkacy. On również portretował tylko tych modeli, którzy spełniali jego kryteria.

T.W.: Powiedz, czy fotografia jest twoim głównym zajęciem, czy tylko pasją. Wiem, że robisz karierę naukową, masz doktorat z fizyki kwantowej...
A.D.: Fotografia to zawsze było moje hobby. Traktuję ją jako uzupełnienie tego, czym zajmuję się na codzień. To prawda, że z czasem zacząłem realizować także projekty komercyjne, jednak to wychodziło niejako przy okazji. Nigdy się nikomu nie narzucałem. Tak jest zresztą do tej pory. Tym bardziej, że zajmuję się jeszcze rzeczami, które są dla mnie równie ważne, jeśli nie ważniejsze od fotografii, czyli  sprawami naukowymi.

T.W.: Jak to godzisz?
A.D.: Dla mnie fotografia zawsze była próbą zapełnienia nieintelektualnych obszarów mojej działalności, gdyż bazuje ona wyłącznie na emocjach. Jest to operowanie w zupełnie innej przestrzeni. Jak się zmęczę robieniem zdjęć, to mogę zająć się fizyką, i na odwrót...

T.W.: Głosisz tezę, że autorami twoich zdjęć są głównie modele. Mógłbyś to rozwinąć...
A.D.: Fotograf tylko naciska spust migawki i dokonuje selekcji. Zdjęcie, w głównej mierze, tworzy model. Może jak ktoś jest dobrym fotografem to potrafi sfotografować każdego, wydobywając z niego to "coś". Ja tego nie potrafię i dlatego szukam sobie interesujących modeli. Nie robię zdjęć modelom przeciętnym, nie rozumiem jak fotografowie znajdują na to siłę...

T.W.: Jaki jest twój ulubiony typ modela?
A.D.: To się przez cały czas zmienia. Długo fotografowałem ludzi starych, bo są bardziej wyraziści. Znalezienie osoby, która nie epatuje starością, a ma w sobie coś wartego pokazania, jest znacznie trudniejsze.

 

Andrzej Dragan wywiady

fot. Andrzej Dragan "Marlin"


T.W.: A najbardziej fotogeniczny model, z którym pracowałeś...
A.D.: Chyba Jan Peszek. W ciągu 30 minut zrobiłem mu około 10 dobrych zdjęć, z których światło dzienne ujrzało 5. Ale to był ewenement. Bywa tak, że można fotografować przez godzinę i nie zrobić ani jednego dobrego zdjęcia.

T.W.: Ktoś kiedyś powiedział, że każdy portret robisz w określonym kontekście?
A.D.: Nie zastanawiam się nad takimi rzeczami. Jak widzę kogoś, kto mi się podoba, to go fotografuję. Jak mam jakiś pomysł na to, co można do tego dorzucić, to dorzucam. A jak nie mam pomysłu, to robię tylko portret. Trzymanie się schematów jest nudne, dlatego staram się ich unikać. Robię mało zdjęć dlatego, że za każdym razem staram się proponować coś nowego. W zasadzie nie wracam do pomysłów, z których już korzystałem. Nie jest to proste, zwłaszcza gdy ma się wyrazistą stylistykę.

T.W.: Za każdym razem podkreślasz, że rzadko sięgasz po aparat. Co to znaczy?
A.D.: Sesję realizuję może raz na miesiąc. W trakcie jej trwania robię 20-30 zdjęć, potem wybieram z tego 3, z których 2 lądują w koszu.  Do dzisiaj mam kartę o pojemności 1 GB, której jeszcze nigdy nie udało mi się zapełnić. Robię tak mało projektów dlatego, że wolę zaskakiwać niż nudzić. Wciąż szukam nowych form...

Strona 1

Strona 2


T.W.: Czy wynikiem tych poszukiwań była sesja z anorektyczną modelką Martą...? Przyznasz, że był to dość kontrowersyjny pomysł...
A.D.: To był całkowity zwrot od tego, co robiłem do tej pory. W jednym ciele zderzyły się niejako dwie osoby. Z jednej strony ładna, inteligentna, spokojna twarz, a z drugiej ciało świadczące o tym, że modelkę coś bardzo dręczy...
Ta sesja to było takie trochę podważenie sensu portretu, ponieważ patrzenie na twarz odkrywało tylko wierzchołek tej osoby, było w pewnym sensie oszustwem... To było coś innego i stylistycznie i tematycznie. Jednak takich zwrotów nie da się robić zbyt dużo.

 

Andrzej Dragan wywiady

fot. Andrzej Dragan "Marta"


T.W.: Jak doszło do powstania tej sesji?
A.D.: Od samego początku szukałem osoby ze szczupłą twarzą, ponieważ uważam, że szczupłe twarze są bardziej wyraziste. Napisałem do kilku zaprzyjaźnionych agencji, precyzując swoje oczekiwania. Jako, że propozycje które otrzymałem wydały mi się mało atrakcyjne, zacząłem przeglądać zdjęcia modelek, które z jakiś powodów zostały odrzucone. Wśród tych zdjęć zafascynowała mnie jedna twarz – to była twarz Marty. Była w niej jakaś nerwowość, jakieś napięcie... Poprosiłem więc agencję, aby jeszcze raz zadzwoniła do tej dziewczyny i zaprosiła ją na sesję testową. Zrobiono jej kilka zdjęć w bieliźnie. Jak je dostałem – zaniemówiłem. Ta dziewczyna była bardzo wychudzona, ale także bardzo ładna. Tworzyło to niesamowity kontrast.

T.W.: Od początku wiedziałeś, że chcesz zrobić tę sesję?
A.D.: Długo nad tym myślałem. Z jednej strony modelka była wybitnie ekspresyjna, i jak się potem okazało, także niezwykle fotogeniczna. Jednak z drugiej zastanawiałem się, czy poprzez sesję nie zrobię jej krzywdy. Takie osoby mają zwykle bardzo kruchą psychikę. Nie chciałem narażać jej na stres, ale też gloryfikować stanu, do którego się doprowadziła. Zacząłem rozmawiać z wieloma osobami. W końcu kolega, który miał wcześniej styczność z ludźmi chorymi na anoreksję, przekonał mnie, że mogę tej dziewczynie pomóc. Osobom, które mają kłopoty z samoakceptacją, często pokazuje się ich zdjęcia. Dostrzegają one wówczas w nich coś, czego nie widzą przeglądając się w lustrze.

T.W.: A Marta? Ona nie miała nic przeciwko tym zdjęciom? Wiedziała w jaki sposób chcesz ją przedstawić?
A.D.: Mam zasadę, że wszystko robię za zgodą modela. Jest pierwszą osobą, która widzi zdjęcie. Jeśli nie chce, aby dane zdjęcie ujrzało światło dzienne, to ja go nie publikuję. Zawsze pokazuję modelom swoje wcześniejsze zdjęcia i uprzedzam, że interesuje mnie to, co inni zwykle ukrywają. Tu nie może być żadnych niedopowiedzeń.

T.W.: Jak przebiegała sesja?

A.D.: Była niesamowita, strasznie ją przeżywałem. Poprosiłem Martę, aby się rozluźniła, aby zachowywała się naturalnie, i ona w tej roli znalazła się fantastycznie. W ciągu pięciu minut powstało kilka zdjęć, z których do tej pory jestem bardzo zadowolony.

T.W.: Czy bardzo ingerowałeś w ten materiał na etapie postprodukcji?
A.D.: Minimalnie. Po kilku próbach doszedłem do wniosku, że nie ma sensu, abym cokolwiek zmieniał. Zastanawiałem się nawet, czy nie wystawić go w jakimś konkursie fotoreporterskim, ale umówiłem się z Martą, że przez jakiś czas ta sesja nie ujrzy światła dziennego.

Strona 3

 


T.W.: Jaka jest recepta na dobry portret?
A.D.: Nie ma. Może trzeba włożyć w zdjęcie maksymalnie dużo wysiłku... Ja, przystępując do pracy przede wszystkim szukam modela. Jeśli chodzi o dalszy przebieg, trzeba próbować pewnych rzeczy i umieć oceniać, czy nasza praca idzie w dobrym kierunku. Jeśli nie idzie, trzeba wiedzieć kiedy się cofnąć i dalej próbować.

T.W.: Które ze swoich portretów lubisz najbardziej?
A.D.: Nie przepadam za swoimi zdjęciami... Coś mi się krótko podoba, a potem przestaje. Jeśli chodzi o walory estetyczne, to zadowolony jestem ze zdjęcia Jerzego Urbana. Lubię też zdjęcie postarzałej Merlin Monroe, no i Marty. Jest jeszcze czarno-białe zdjęcie mojego kolegi, Tomka Świtalskiego nad czarno-białą podłogą w kratę i zdjęcie Piotrka Kudelskiego, na którym przykrywa on oczy swojej córce.

 

Andrzej Dragan wywiady

fot. Andrzej Dragan "Para"

T.W.: Wysyłasz zdjęcia na konkursy?
A.D.: Raz wysłałem na konkurs w Wielkiej Brytanii i go wygrałem. Poza tym raczej nie biorę udziału w takich konkursach.

T.W.: Jak to robisz, że znani ludzie zgadzają się tobie pozować?
A.D.: Dzwonię i umawiam się na spotkanie. Jak zaczynałem, zaczepiałem przechodniów na ulicy. Ale gdy zrobiło się zimno, zaczęło to być niezręczne. Próbując zaciągać ludzi w jakieś miejsca wyszedłbym na wariata. Dlatego postanowiłem "uderzyć" do znanych osób, które nie dziwią się, że ktoś chce robić im zdjęcia. Jednym z pierwszych był Jerzy Urban. Poszedłem do niego w 2003 roku, sześć miesięcy od chwili, gdy pierwszy raz nacisnąłem spust migawki.  Zostawiłem jego sekretarce album z moimi zdjęciami i krótki list, w którym zapytałem czy nie poświęcił by mi 20 minut. Jerzy Urban zadzwonił następnego dnia i mnie do siebie zaprosił. Tak powstały wszystkie zdjęcia znanych osób. Jak ktoś pyta mnie, gdzie zdjęcia zostaną opublikowane, to mówię zgodnie z prawdą, że przygotowuję wystawę portretów. 80  proc. osób się zgadza, ale są też tacy, którzy odmawiają...

T.W.: Kto ci odmówił?
A.D.: Na przykład kardynał Józef Glemp. Wielka szkoda. Nadal uważam, że ma bardzo ciekawą, fotogeniczną twarz. Bardzo długo nie mogłem tego przeboleć. Tym bardziej, że o tę sesję starałem się z pół roku. Ostatecznie dostałem bardzo ciepły list, z którego dowiedziałem się, że kardynał docenia walory artystyczne moich zdjęć, ale jednak boi się ryzykować.

T.W.: Co miał na myśli?
A.D.: Wiesz, ja nigdy nie ukrywałem charakteru moich prac. Może wydawały się zbyt demoniczne. W każdym razie kardynał się nie odważył. Bardzo żałuję.

T.W.: To taki zamysł, żeby przedstawiać ludzi w demonicznych pozach, czy tacy po prostu są twoi modele?
Moje zdjęcia to rodzaj autoportretu. Nie bawią mnie komediowe klimaty.

T.W.: Kogo jeszcze chciałbyś sportretować?

A.D.: Mam całą listę osób, które chętnie bym sfotografował. Niestety, są to ludzie bardzo trudno dostępni. Zawsze numerem jeden na tej liście był Michael Jackson... W pierwszej dziesiątce są jeszcze Mick Jagger i Keith Richards, a także Keith Flint, Clint Eastwood, Quentin Tarantino oraz Steven Tyler. Jestem pewien, że większość z nich zgodziła by się na sesję. Największym problemem jest przedarcie się przez gąszcz menagerów...

T.W.: Pozwalasz modelowi na własną inicjatywę czy to ty zawsze dyktujesz warunki?
A.D.: Zdecydowanie to drugie. Jak model próbuje mi się stawiać, to najpierw staram się nawiązać z nim dialog, a jak to nie skutkuje – rezygnuję ze współpracy.

T.W.: Sprzedajesz swoje prace?
A.D.: Tak. Każde zdjęcie jest w serii 20 sztuk, jest ponumerowane i w odpowiedni sposób wydrukowane. Moje zdjęcia można też niekiedy spotkać na aukcjach. W Polsce rynek kolekcjonerski rozwija się bardzo powoli, dlatego 99 proc. zdjęć sprzedaję za granicą.

T.W.: Jak sądzisz, dlaczego w Polsce tak mało osób traktuje zdjęcia w kategorii inwestycji?
A.D.: Ludzi najpierw trzeba nakarmić i napoić, a dopiero potem można zacząć rozmawiać z nimi o dalszych potrzebach. Za granicą każda galeria to jest biznes, a każdy autor – bez względu na to, czy malarz czy fotograf - to jest inwestycja. Galerie kładą nacisk na to, aby promować reprezentowanych przez siebie artystów. Od chwili, gdy podpisują z nimi umowę, inwestują w nich pieniądze, robią im promocję, organizują wystawy, pokazy, dyskusje, publikacje, wydają albumy. To jest praca galerii, która robi wszystko, aby zwiększyć krąg zainteresowania daną postacią. I to jest realny sposób na zwiększanie wartości rynkowej danego artysty. U nas, póki co, takiego myślenia się nie wdraża. Sytuacja oczywiście się zmienia, ale pewnych procesów nie da się przyspieszyć.

T.W.: Są jacyś portreciści, których zdjęcia lubisz oglądać?
A.D.: Ja nie lubię oglądać zdjęć. Bardzo rzadko coś mi się podoba.

T.W.: A portrety Krzysztofa Gierałtowskiego?
A.D.: Jak kiedyś je oglądałem, to mi się podobały. Szczególnie te starsze, czarno-białe.

T.W.: Podobno macie ze sobą na pieńku?
A.D.: Pan Gierałtowski miał mi kiedyś za złe, że zrobiłem zdjęcie Urbanowi. Ma on prawo do swoich poglądów, ale według mnie nie powinien się z nimi nadmiernie narzucać.

 

Andrzej Dragan wywiady

fot. Andrzej Dragan "Jerzy Urban"

T.W.: Zastanawiałeś się nad wydaniem albumu?
A.D.: Jakoś niespecjalnie podoba mi się ten pomysł. Z kilku powodów. Jak skończysz jakąś całość i zamkniesz ją albumem, a potem zrobisz coś nowego to zaczynasz żałować, że praca się tam nie znalazła. Ponadto ja szybko przestają lubić swoje zdjęcia, w związku z czym uważam, że nie ma specjalnie czego pokazywać.
  

Andrzej Dragan wywiady

 fot. Andrzej Dragan "Tomek"

 



www.swiatobrazu.pl